Wszystko ma swój początek, a początku telemedycyny można doszukiwać się w Stanach Zjednoczonych. Jak to w przypadku USA bywa, znaczna część nowoczesnych technologii powstaje na potrzeby wojska. Nie inaczej było z telemedycyną.
Jako, że na początku XX wieku, wśród Amerykanów zrodziło się silne upodobanie do wojowania w każdym zakątku świata dla pokazania jakimi to są obrońcami światowego pokoju, przez lata założyli swoje bazy wojskowe w bardzo wielu miejscach na Ziemi. W pewnym momencie zdali sobie sprawę, że dobrze było by połączyć wszystkie te bazy wspólnym systemem satelitarnym dla lepszej komunikacji, w tym szybszego leczenia rannych żołnierzy. Jak pomyśleli, tak zrobili i w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku powstał system sieci satelitów zapewniających stałą komunikację między bazami, a ścisłym dowództwem i wojskowymi placówkami medycznymi w Stanach.
Oczywiście w tamtym systemie pomoc medyczna była na drugim miejscu, ale później pałeczkę przejęła NASA, która w związku z faktem braku możliwości wysłania lekarzy i pielęgniarek razem z astronautami w kosmos musiała znaleźć jakiś inny sposób na ciągłe monitorowanie stanu ich zdrowia na odległość. Dlatego też NASA przeznaczyła (i dalej przeznacza), dużo czasu i środków na rozwój opieki medycznej na odległość. Można powiedzieć, że bez lotów w kosmos, nie byłoby dzisiaj telemedycyny, a przynajmniej, że nie w tej postaci i z takim wachlarzem możliwości do zaoferowania.
W latach siedemdziesiątych telemedycyna zaczęła nieśmiało wkraczać do publicznej i prywatnej służby zdrowia w USA. Naturalnie nie był to poziom prezentowany przez NASA. Jednak zainteresowanie telemedycyną rosło w bardzo szybkim tempie, a wraz z opracowaniem i wprowadzaniem standardu zapisu danych medycznych DICOM w połowie lat osiemdziesiątych wszystko poszło jak z górki.

Naukowa fikcja (w tym medycyna przyszłości), na której oparto niejedną hollywoodzką superprodukcję – fascynuje lub przeraża – ale bez względu na rodzaj emocji, jakie w nas wywołuje, większość wątpi, iż w najbliższej przyszłości takie „cuda” będą możliwe. A to już się dzieje …